Piotr Wojnarowski, Kraków

nagłówek Gazeta Krakowska

Koniec kadencji samorządów coraz bardziej obnaża ich upolitycznienie
NIE TANKUJ BENZYNY DO TORNISTRA
Rozmowa z Piotrem Wojnarowskim — radnym i członkiem zarządu XIV Dzielnicy Krakowa (Czyżyny)

— Jak była Pana bezpartyjna droga do samorządu?

— To fakt nie jestem i nigdy nie bytem członkiem żadnej partii politycznej. Należę natomiast do stowarzyszenia lokalnego. Mówię o Krakowskim Porozumieniu Mieszkańców, które postawiło sobie za najważniejszy cel, budowę rzeczywistej samorządności i pracę na rzecz najbliższego otoczenia. A moja osobista droga rozpoczęła się w chwili, kiedy wspólnie z grupą sąsiadów uznaliśmy, że potrzebny jest przedstawiciel terenu, na którym mieszkamy. Wypadło na mnie.

—Jak rozpoznali w Panu tę wartościową samorządowe jednostkę?

— Sądzę, że jednym z powodów była moja niezależność tak zawodowa jak i polityczna. Byli też pewni, że nie stanę się jednym z tych, którzy podejmują te obowiązki dla poprawy swojej pozycji towarzyskiej lub też uzyskania niewielkiego zresztą dochodu, jakim jest dieta radnego dzielnicowego.

— Czy jest to dowód na degradację zaszczytnej funkcji samorządowca?

— Nie chcę tego tak traktować. Dla mnie są to bardzo poważne sprawy. Traktuję działanie w samorządzie tradycyjnie – jako służbę publiczną.

— Bez przesady. Samorząd jest przecież świeżo u nas narodzony?

— W aktualnej formie to faktycznie dopiero 10 lat. Ale przecież samoorganizowanie się jest jednym z podstawowych działań społecznych. Już sama możliwość dokonania pozytywnym zmian w swoim otoczeniu daje ogromną satysfakcję. Zawsze też trzeba pamiętać o wielkim kredycie zaufania, jakim zostaje się obdarzonym przez wyborców.

— Ile osób liczy reprezentacja mieszkanców Dzielnicy XIV?

— Aktualnie Rada Dzielnicy XIV składa się z 28 radnych, oraz z 6 członków zarządu. Stanowią oni rzeczywistą reprezentację poszczególnych rejonów dzielnicy. Właśnie tu na najniższym szczeblu władzy samorządowej ich wybór dokonuje się realnie — po prostu są tu znani. Ale coraz większym cieniem na ten wybór kładzie się działalność partii politycznych.

— Czy dobrze jest, jeśli partie polityczne zajmują się samorządem?

— Jest to wręcz tragedia. Klasa polityczna jako taka nie cieszy się najlepszą opinią. Po drugie, ma jakąś własną metodologię postępowania, często sprowadzającą się do takiej definicji: „mierny, ale wierny”. A na niwie samorządu radni nie powinni dzielić się na zielonych czy różowych. Tylko na mniej lub bardziej aktywnych. To z samorządów ludzie, którzy czegoś tu dokonali powinni iść do poIityki. Natomiast teraz jest tak, że wielu działaczy partyjnych, którzy gdzieś tam nie odnieśli sukcesu, chroni się w samorządach.

— Jak nie do sejmu to do samorządu?

— Tak, a to są dwie różne sprawy. Dla mieszkańca, który codziennie obserwuje swoje otoczenie, szukając pozytywnych zmian, poglądy polityczne radnego nie mają znaczenia. Ważne jest co już zrobił i czego może jeszcze dokonać.

— Co, tak naprawdę, może radny dzielnicowy?

— Rada Dzielnicy to przede wszystkim organ opiniodawczy. Posiada też pewną pulę finansową do dyspozycji. Dokonuje podziału tych środków i decyduje w formie uchwał, jakie prace mają być za to wykonane. Są to jednak niewielkie kwoty, które nie pozwalają na duże inwestycje i realny wpływ na rozwój dzielnicy. Tym bardziej potrzebna jest dobra orientacja w tych zagadnieniach, zaangażowanie i konkretne doświadczenie. Trzeba to wyraźnie powiedzieć — nawet, jeśli ktoś jest sprawnym działaczem politycznym, czy też zaliczył kilka kadencji w sejmie — to nie oznacza automatycznie, że posiada odpowiednie kompetencje, aby obejmować stanowisko w samorządzie czy władzach miasta, o stanowisku prezydenta miasta nie wspominając.

— Na jakie decyzje możecie wpływać?

— To jest nasz największy i prawdziwy ból. Większość decyzji podejmują urzędnicy, często wbrew naszej opinii. Obecnie także dosyć mocno usytuowana jest Rada Miasta. Decyzje w wielu sprawach zapadają ponad głowami radnych dzielnicowych, których kompetencje są stale pomniejszane. Dotyczy to przede wszystkim spraw najistotniejszych. Takim polem prawdziwych „cudów" jest sfera zagospodarowania przestrzennego. To prawdziwa kopalnia przykładów na wydawanie decyzji lokalizacyjnych wbrew woli mieszkańców, organizacji społecznych i fachowców w tym zakresie. Kolejna kwestia to przetargi. Aktualnie radni dzielnicowi nie mają prawa w nich uczestniczyć. Decydujemy, na co przeznaczyć pieniądze, wyznaczmy cel do realizacji, ale nie mamy prawa nadzorować wyboru wykonawcy i sprawdzenia, czyja oferta była najkorzystniejsza! Mogę się wypowiadać na temat ostatniej kadencji, ale już te cztery lata dają mi podstawę do stwierdzenia, że nie ma woli rozwijania realnej samorządności i jej promocji wśród mieszkańców. Następuje proces odwrotny — dążenie do ograniczenia naszych możliwości tak finansowych jak i decyzyjnych. Zdarzają się sytuacje, kiedy wydajemy negatywną opinię na temat lokalizacji inwestycji uciążliwej dla mieszkańców. Przykładem może być stacja benzynowa zlokalizowana w bezpośrednim sąsiedztwie szkoły podstawowej. Jesteśmy przeciwko, już choćby z tego względu, że dzieci... nie tankują benzyny do tornistrów. Zasadnicze względy zdrowotne i społeczne, oraz protesty mieszkańców wskazują, kto tu ma rację. Ale stacja powstaje.

Po naszym proteście zostajemy jedynie zaproszeni na spotkanie z przedstawicielami inwestora i zainteresowanych instytucji. Możemy nadal podtrzymywać swój protest — ostateczną decyzję i tak podejmuje urzędnik. Potem wielu mieszkańców myśli: co ta rada robi, jak mogła na to pozwolić?

— Kto określa kompetencje rad dzielnic?

— Statut, który jest uchwalany przez Radę Miasta. Obserwuję, że tu także znajduje zastosowanie przysłowie: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". Niektórzy radni miejscy, kiedyś także pracujący w dzielnicach, dziś mają już inne poglądy na potrzeby samorządu. Najważniejsza stała się polityka, zmiana barw klubowych, rozgrywki personalne, itp. Niestety także, zdarzają się zupełnie kuriozalne próby upolitycznienia niektórych rad dzielnic. Praktycznie może wyglądać to tak: są do wyboru dwa chodniki, które trzeba wybudować w dwu różnych miejscach, a pieniądze są tylko na jeden. Jedna frakcja jest za tym, a druga za tamtym. Dlaczego? Bo kiedy dojdzie do wyborów, to ta opcja, czy „koalicja" przypisze sobie ten kawałek chodnika. I przypnie do niego partyjny znaczek. Dla takich potrzeb tworzą się przedziwne koterie. Przykładem może być radny, który głosi poglądy ultraprawicowe, jednoznacznie określając „komunistami" wszystkich pozostałych. Nie przeszkadza mu to jednak ściśle współpracować na niwie „zdobywania" głosów z radnymi, których rodowód sięga jeszcze PPR. Ale, są to ludzie którzy przymierzyli już wiele poglądów politycznych. Niestety tacy właśnie „działacze" tworzą skostniałe układy. Mają jedną wspólną cechę — nie lubią konkurencji, dla nich stare i znane zawsze będzie lepsze.

— Ocenia Pan teraz samorządowców - polityków?

— Tak. Ale oczywiście nie wszystkich! Na szczęście w samorządzie jest jeszcze wielu ludzi, którzy trzymają go w „pionie". I co się potwierdza, z reguły są to osoby, które swoją karierę zaczynały od spraw podstawowych, ale najważnieższych dla lokalnej społeczności — wspólnie budując wodociąg, drogę, pracując na rzecz utrzymania szkoły, itd. Niestety zdecydowana większość działaczy partyjnych chce to wywrócić do góry nogami. I to właśnie ci ludzie nie są zainteresowani rozwojem i promocją rzeczywistego samoorganizowania się społeczności. Chcą utrzymania status quo, co polega głównie na obstawianiu się „swoimi" i budowaniu patologicznych struktur. A każdy z nas, mieszkańców, na pewno ma już dosyć „rewolucji" po każdych wyborach. Praktycznie każdorazowej wymiany urzędników (trzeba jakoś „swoim" zapłacić), reorganizacji instytucji miejskich, całkowitej zmiany kierunków rozwoju miasta, itp. A przede wszystkim zupełnego braku odpowiedzialności za wyborcze obietnice. Jest to chore z punktu widzenia mieszkańca, który wciąż nie może się doczekać na wymierne skutki działania wybranych przez siebie przedstawicieli.

— Co może być szansą na pozytywne zmiany?

— Uważam, że napływ do samorządu ludzi nowych. Są niestety okręgi wyborcze, gdzie kandyduje od lat zawsze ten sam działacz. I nie dlatego, że cieszy się wielkim poparciem społeczeństwa. Wynika to z faktu, że inni potencjalni kandydaci, znając dokonania takiej osoby i przekładając to na cały samorząd, mówią sobie: ja w tym nie chcę brać udziału! Ale jest to zupełnie błędna postawa. Nieobecni nie mają racji!

Rozmawiała Maria de HERNANDEZ-PALUCH